Niezapomniane mecze Legii: Legia Warszawa - Standard Liege (2:0). Awans i koncert gry Żmijewskiego
Warszawa, 4 listopada 1970 roku. Piłkarze Legii co prawda przegrali swój pierwszy mecz w II rundzie rozgrywek o Puchar Mistrzów Klubowych Europy ze Standardem Liege 0:1, ale na meczu rewanżowym z mistrzem Belgii Standardem Liege, mimo fatalnej pogody, na trybunach Stadionu Wojska Polskiego zjawił się komplet publiczności.
Autor: Wiktor Bołba, JP
- Udostępnij
Autor: Wiktor Bołba, JP
Podbudowana zwycięstwem w Liege drużyna Standardu, na mecz rewanżowy przyleciała do Warszawy wyczarterowanym samolotem późno, bo dopiero w przeddzień spotkania o godz. 14.30. Z lotniska całą ekipę przewieziono do Grand Hotelu przy ulicy Kruczej. Po krótkim odpoczynku zawodnicy wraz ze sztabem szkoleniowym udali się na rekonesans i krótki trening na Stadionie Wojska Polskiego.
Silny rywal
Ponieważ wcześniej w Liege piłkarzom Legii nie dano możliwości treningu na głównej płycie boiska, działacze Legii odpłacając tym samym również udostępnili drużynie belgijskiej boczne boisko. A ponieważ w czasie, gdy drużyna Standardu rozpoczynała rozruch zapadał zmrok, oświetlono je... reflektorami z kortów. Pomimo przeprowadzenia treningu w niezbyt komfortowych warunkach Belgowie mieli znakomite humory. Trener Standardu Remme Haussem w rozmowie z dziennikarzami zapytany co sądzi o mającym się odbyć nazajutrz meczu, powiedział: „Nie lubię budować pałaców na lodzie, ale nie przyjechaliśmy tu po to, by przegrać spotkanie. Będziemy walczyć. Legia to bardzo wyrównany, ambitny zespół, ale myślę, że i nasi piłkarze nie są gorsi. Widowisko zapowiada się bardzo ciekawie” – prorokował.
Rywal Legii, drużyna Standardu Liege, chociaż nie posiadała na swym koncie znaczących osiągnięć, to jednak przez fachowców i komentatorów piłkarskich była zaliczana do europejskiej czołówki. Niekwestionowanym liderem czerwono-białych – bo takie są klubowe barwy Standardu – był krępy, dobrze zbudowany zawodnik środkowej strefy boiska Wilfred Van Moer. Miał na swoim koncie tytuły najlepszego piłkarza Belgii w latach 1966 i 1969. W opinii znawców aspirował do miana najlepszego zawodnika w historii belgijskiego futbolu, jednak nie potrafił w pełni wykorzystać drzemiącego w nim piłkarskiego potencjału. Obok niego, kolejną gwiazdą i silnym punktem Standardu, był bramkarz Christian Piot. W dużej mierze dzięki postawie tych dwóch zawodników Standard sięgał po mistrzostwo Belgii w latach 1969 i 1970. O obliczu drużyny z Liege decydowali także mający międzynarodową markę jugosłowiański internacjonał – bramkostrzelny Takac, oraz posiadający polskie korzenie Leon Jęch. Po pierwszym meczu Lucjan Brychczy zapytany o ocenę rywala powiedział: „Drużyna z pewnością bardzo dobra, ale grająca zbyt ostro, czasami nawet faul. Liczyłem, że będzie walczyć ambitnie, ale nie spodziewałem się, że aż tak bardzo. Najbardziej podobali mi się: ostro strzelający Jugosłowianin Takac, Czechosłowak Cvetler oraz van Moer. W Warszawie przewiduję znów ostrą walkę o każdą piłkę. Tylko sytuacja będzie odwrotna. Bronić się będą Belgowie – a my atakować”.
Wraz z drużyną Standardu do Warszawy przyleciało około 500 kibiców, których żywiołowy doping miał pomóc drużynie belgijskiej.
„Jojo” straszakiem
Piłkarze Legii przygotowując się do rewanżu z Belgami pojechali na krótkie zgrupowanie do znajdującego się w Świdrze ośrodka „Pod Dębami”, który w tamtych czasach był ich stałą bazą. Ogromnym plusem tego miejsca było to, że chociaż znajdowało się nieopodal Warszawy, zawodnicy mieli ciszę i spokój.
Plan przygotowawczy piłkarzy Legii do rewanżowego meczu ze Standardem, którego stawką był awans do ćwierćfinału rozgrywek o PMKE, na trzy dni przed spotkaniem prezentował się następująco: Poniedziałek, 2 listopada – ostry trening na bocznym boisku Stadionu Wojska Polskiego. Wtorek, 3 listopada – spokojny relaks w zacisznym ośrodku „Pod Dębami”. Środa, 4 listopada do godz. 16. – relaks, po czym nastąpił wyjazd do Warszawy. Godz. 19., stadion Wojska Polskiego – wielki mecz! Jeszcze zanim piłkarze Legii wyjechali do Świdra, znaleźli wolną chwilę na gościnę przy ulicy Litewskiej, gdzie z rąk wiceprzewodniczącego GKKiF, mgr. Józefa Rutkowskiego, otrzymali brązowe medale „za wybitne osiągnięcia sportowe”. „Życzę Wam wszystkim złotych medali i mam nadzieję, że pierwszy krok ku temu wykonacie w najbliższą środę, 4 listopada, eliminując Standard” – powiedział podczas dekoracji do piłkarzy Legii wiceprzewodniczący GKKiF.
Mało kto o tym wiedział, ale w zaciszu gabinetów najwyższych rangą oficerów wojskowych i działaczy aparatu partyjnego toczyła się walka o dopuszczenie do gry zawieszonego przez klub w prawach zawodnika na okres jednego roku Janusza Żmijewskiego. Kłopoty popularnego „Jojo” były pokłosiem głośnej afery przemytniczej. Przede wszystkim o jego powrót na boisko nalegał trener Edmund Zientara. „Bardzo chciałem, by Janusz zagrał przeciwko Standardowi. Wiedziałem, że 'Jojo' z racji tego, że wcześniej strzelił reprezentacji Belgii trzy gole, był tam bardzo znany. To był mój straszak, przed którym zawodnicy Standardu czuli respekt” – tłumaczył trener Legii.
Walka o Żmijewskiego nie była w perspektywie rewanżu jedynym problemem trenera Legii. Tak się pechowo złożyło, że w meczu ligowym poważnej kontuzji doznał znakomity „bombardier” Legii Jan Pieszko i jeszcze na kilka dni przed spotkaniem ze Standardem leżał w łóżku. Wszystko wskazywało na to, że Pieszko nie ma najmniejszych szans występu w rewanżu. Na szczęście zarówno Legii, jaki i Pieszki, lekarzem drużyny był doskonały fachowiec, doktor Henryk Soroczko. Pan doktor przyłożył się i „Kaczorek” był zdolny do gry. W dniu meczu owinął go tak fachowo bandażem, że podczas gry piłkarz nie czuł bólu. Poważniej wyglądała sprawa ze Żmijewskim. Jego losy ważyły się do ostatnich minut przed rozpoczęciem spotkania. „Krążą pogłoski, że klub warszawski ma sięgnąć po zdyskwalifikowanego Żmijewskiego. Sprawa jest trochę dziwna, ale być może, że są to tylko 'przedmeczowe plotki'. Ich celem jest załamanie psychiczne przeciwnika” – pisano w popularnej warszawskiej popołudniówce „Expressie Wieczornym”.
Dzwoneczki, tuba gramofonowa i... patelnia
„Piłkarze Legii proszą o doping!” – krzyczał tytuł w „Expressie Wieczornym”. „Będziemy walczyć o zwycięstwo nad Standardem, wkładając maksimum sił i umiejętności. Dlatego bardzo prosimy kibiców o doping, zwłaszcza w momentach, kiedy będziemy przeżywać ciężkie chwile. Gwizdy po nieudanych akcjach nie pomogą nam w grze” – apelował do sympatyków Legii na łamach prasy kapitan drużyny Bernard Blaut.
Warszawscy fani apel piłkarzy potraktowali na tyle poważnie, że przez kilka nocy poprzedzających spotkanie ze stadionu Legii... ginęły flagi klubowe. Działacze Wojskowych wobec zaistniałej sytuacji wyrażali nadzieję, że w środę wszystkie „zguby” znajdą się na trybunach, będąc jednym z elementów dopingu. Jak na tamte czasy fantastyczna oprawa meczu wyprzedziła epokę. Jeszcze przed wyjściem piłkarzy sportowcy z klubową flagą Legii poprowadzili po bieżni wokół boiska orkiestrę reprezentacyjną WP. Rytmy wojskowych melodii tak pobudziły publiczność, że trybuny mieniły się od biało-czerwonych i... klubowych flag. Syreny, trąby i trąbki, to tylko nieliczne z całej gamy instrumentów, jakimi zagrzewali do walki legionistów kibice. Pomysłowością jednak przebił wszystkich pewien kibic, zaopatrzony w ... tubę gramofonową. Nie mniejsze zainteresowanie widowni wywołała pani wyposażona w potężnych rozmiarów... patelnię. Z kolei salwą śmiechu przyjęto nieco podchmielonego jegomościa, którego atrybutem kibicowskim był... mały dzwoneczek. Taki, jakie wiesza się ubierając choinkę. Na tle rozbawionych kibiców Legii doskonale zaprezentowała się wspomniana wcześniej, około 500-osobowa grupa fanów Standardu. W czerwono-białych szalikach i tego samego koloru czapeczkach, dzwoniąc krowimi dzwonkami tworzyli barwną i głośną grupę. Z chwilą gdy piłkarze obydwu drużyn wybiegli na boisko 25-tysięczny tłum ryknął. Ktoś rzucił petardą, której huk wprowadził nieco zakłopotania na trybunach. „O rany! Co oni robią, przecież będzie walkower!” – słychać było głosy troski. Huków było więcej. Petardy strzelały kilka razy, ale na szczęście walkowera nie było. Kolejna eksplozja radości nastąpiła z chwilą, gdy spiker ogłosił, że z numerem siódmym na plecach w drużynie Legii zagra... Janusz Żmijewski! O tym, że ten niezwykle lubiany przez kibiców piłkarz będzie mógł wystąpić zdecydowano w ostatniej chwili zaskakując wszystkich – kibiców zasiadających na trybunach, jak i samego zawodnika. „W momencie gdy wybiegłem na boisko 25 tysięcy ludzi ryknęło moje nazwisko. To było niesamowite! Czułem jak moje ciało przeszywa dreszcz” – tak wspominał te chwile w wywiadzie dla NL Janusz Żmijewski.
Popis gry banity
„Ze zdziwieniem przyjęliśmy wyjście na murawę Pieszki, podobnie jak i zawieszonego Żmijewskiego” – pisano w „Przeglądzie Sportowym”. Kibice wiwatujący na cześć swojego ulubieńca nie zawiedli się – Janusz Żmijewski rozegrał fantastyczne spotkanie. W siódmej minucie meczu Żmijewski błyskawicznie uciekł po skrzydle obrońcom Standardu, by przytomnie posłać długie podanie do nadbiegającego Jana Pieszki, który strzałem głową zdobył pierwszą bramkę. W 20. minucie już sam pokonał bramkarza rywali. Tym razem Pieszko, rewanżując się za wspaniałe podanie, wykonując rzut wolny tak wyłożył piłkę Żmijewskiemu, że temu nie pozostawało nic innego jak umieścić ją w bramce Standardu. 2:0 dla Legii! Kibice pomimo stale padającego deszczu nie ustawali w dopingowaniu Wojskowych. Setki trąbek i syreny strażackie do końca spotkania zagrzewały legionistów do walki. W 37. minucie konsternacja – Belgowie strzelają gola, który dawał awans rywalom Legii. Ale sędzia zauważył faul na Kazimierzu Deynie, którego z rozciętą wargą zniesiono z boiska. Po przerwie Legia zagrała na utrzymanie wyniku, przez co pod bramką Władysława Grotyńskiego czasami dochodziło do ostrych spięć. „Śruba” znany był z tego, że podczas meczu uwielbiał dyrygować kolegami. Ustawiając szyki obronne wykrzykiwał tak głośno, jakby chciał przekrzyczeć publiczność. Nieustannie padający deszcz zamienił przedpole bramki Grotyńskiego w bajoro. Po jednej z interwencji szary sweter bramkarza Legii cały został oblepiony błotem. „Przynieś mi ręcznik!” – krzyczał umorusany Grotyński do rozgrzewającego się za jego bramką Jana Małkiewicza.
Belgowie dążąc za wszelką cenę do zmiany wyniku nie przebierali w środkach, co i rusz faulując piłkarzy Legii. W wyniku bardzo ostrej gry rywala doktor Legii Henryk Soroczko miał pełne ręce roboty. Zawodnikiem, który najbardziej ucierpiał po bezpardonowych atakach Belgów, był Lesław Ćmikiewicz. „Noga bardzo mnie boli” – odpowiedział „Ćmik” jednemu z dziennikarzy, gdy wskutek kontuzji – zmieniony przez Małkiewicza – na noszach opuszczał boisko. „Lekarz przypuszcza, że na szczęście nie została złamana. Coś bardziej konkretnego będę mógł powiedzieć dopiero po prześwietleniu” – tłumaczył dalej znoszony do szatni Ćmikiewicz.
W ostatnich minutach meczu napięcie na trybunach i nerwy na boisku sięgały zenitu. Bramkarz Legii Grotyński przy okazji kolejnej interwencji nie szczędził razów jednemu z napastników Standardu, który licząc na interwencję sędziego padł jak ścięty. „Władek, spokój!” – krzyczał podrywając się z ławki rezerwowych Jacek Gmoch.
Na szczęście sędzia nie zwracając uwagi na teatralne gesty „pukniętego” przez „Śrubę” Belga, odgwizdał koniec spotkania! Na Stadionie Wojska Polskiego był jednak taki ryk z trybun, że do zawodników nie dotarł dźwięk gwizdka. Dopiero podniesione ręce tych znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie arbitra oznajmiły reszcie, że to koniec. Legia awansowała do następnej rundy. Piłkarze, ciesząc się, padali sobie w ramiona. „Tak gorącego, spontanicznego dopingu, nigdy jeszcze nie mieliśmy. Chciałbym za to w imieniu całej drużyny podziękować publiczności” – powiedział po meczu kapitan Legii Bernard Blaut. „Nigdy jeszcze nie grałem w Warszawie przy tak wspaniale reagującej publiczności” – wtórował Blautowi Władysław Stachurski. „Doping był tak potężny, że podczas gry musieliśmy krzyczeć do siebie, a i wtedy nie zawsze było słychać o co chodzi. Taka postawa publiczności powodowała, że każdy z nas dawał z siebie maksimum wysiłku. Może to zabrzmi jak komplement, ale bez tak żywiołowego dopingu moglibyśmy przegrać ten niezwykle ważny mecz” – stwierdził obrońca Legii. „Wiedziałem, że odniesiemy zwycięstwo” – powiedział trener Legii Edmund Zientara. „Przed meczem w zespole panowała znakomita atmosfera. Wiedziałem, że wszyscy piłkarze będą walczyć do upadłego, że dołożą wszelkich starań, aby zrehabilitować się za porażkę w Liege. I rzeczywiście cały zespół grał znakomicie” – mówił zadowolony szkoleniowiec. „Tak to prawda. Czuję się teraz tak, jakby w czasie tych 90 minut przybyło mi 50 lat” – dodał asystent trenera Zientary Jacek Gmoch. Ci co mieli nie grać, zostali bohaterami meczu. Po końcowym gwizdku sędziego na trybunach wybuchł entuzjazm. Kibice na cześć Legii śpiewali: „Oh, my darling...”. Rozbawiony tłum opuszczając stadion formował się w pochód i szedł ulicami Warszawy. A dzień później, podsumowując występ legionistów, przy nazwisku Żmjewskiego w „Trybunie Ludu” pisano: „To wstyd, nie chcemy zwycięstw za taką cenę”. Wtórując „Trybunie” jeszcze dalej posunął się „Przegląd Sportowy”, pisząc piórem red. Jot: „Zrujnowano mozolnie budowany przez działaczy autorytet wychowawczy. Wzmocnienie Legii – za jaką cenę?”.
Bohater spotkania - Janusz Żmijewski
Dla nikogo, kto obserwował mecz Legii ze Standardem Liege nie ulegało wątpliwości, że czołowy napastnik Legii Janusz Żmijewski był głównym autorem zwycięstwa. Żmijewskiemu, który był zawieszony przez klub na rok, zarząd WKS Legia po dwóch miesiącach od czasu nałożenia kary uchylił dyskwalifikację, dzięki czemu niespodziewanie dla wszystkich wystąpił w tym spotkaniu. „W zasadzie do tego, bym został zawieszony, działaczy Legii zmusiły naciski centralnych władz partyjnych” – mówi bohater spotkania Janusz Żmijewski. „Przede wszystkim należy się wyjaśnienie, że aresztowania – moje i Władka Grotyńskiego – nie były konsekwencją tak zwanej 'afery na Okęciu', tylko późniejszego pomówienia koszykarza Legii Włodzimierza Tramsa. Sytuacja, która miała miejsce podczas naszego wylotu do Rotterdamu, nie miała z tym nic wspólnego. Cała sprawa tak mocno rozdmuchanego przez media przemytu, została wówczas zakwalifikowana jako wykroczenie celno-dewizowe i zostaliśmy z Władkiem ukarani przepadkiem posiadanych dewiz i grzywną pieniężną po 15 tysięcy złotych. Zresztą w spłacie, której otrzymałem pomoc z klubu. Przecież po Rotterdamie dokończyłem sezon 1969/1970. Później rozpocząłem bardzo dobrze rundę jesienną sezonu 1970/ 1971 – w pierwszych trzech meczach zdobywając dwie bramki – i nagle zostałem zawieszony, co było dla mnie zaskoczeniem. Jaka więc była w tym konsekwencja? Mógłbym to zrozumieć, gdyby zawieszono nas po powrocie z Holandii. Ale wówczas wszystko wyciszono i wydawało się, że sprawa jest zamknięta. Nagle po upływie kilku miesięcy okazało się, że nie. Zostałem zawieszony w prawach zawodnika na rok i otrzymałem zakaz wyjazdów za granicę. W tym czasie normalnie trenowałem z drużyną, z tym, że nie przykładałem się tak sumiennie do treningów jak pozostali koledzy. Przede wszystkim dlatego, gdyż miałem zakaz gry i trener nie bardzo zwracał na mnie uwagę. Cała ta sytuacja odbijała się nieco na moim życiu osobistym, ponieważ w tym czasie na zbyt dużo sobie pozwalałem. W sobotę poprzedzającą mecz ze Standardem spotkaliśmy się z kilkoma kolegami z Gwardii, m.in.: Ryśkiem Szymczakiem, Jurkiem Kielakiem w 'Tokaju' i zdrowo pobankietowaliśmy. Jeszcze mi nieźle szumiało w głowie, kiedy w niedzielę rano zadzwonił telefon i w słuchawce usłyszałem głos Jacka Gmocha, który mówił bym o godz. 11. stawił się na indywidualnym treningu na Legii. Pogoda wtedy była fatalna, w dodatku 'Szczęka' tak mnie przeciągnął, iż myślałem, że 'zdechnę'. Po zajęciach Jacek dał mi coś do zrozumienia, mówiąc, że być może w środę zagram ze Standardem” – wspomina Janusz Żmijewski.
„Nie dość, że byłem wówczas zmęczony, to oblały mnie zimne poty. Pomyślałem – co to będzie? Przecież nie za bardzo przykładałem się do treningów, w dodatku ta sobotnia balanga... Moim zdaniem cały ten cyrk z zawieszeniem, to była przygrywka władz partyjnych dla opinii publicznej. Wówczas następowała zmiana ekipy rządzącej. Miejsce Władysława Gomułki i jego świty zajęli ludzie Edwarda Gierka i chcieli pokazać społeczeństwu, że za ich rządów nie będzie w socjalistycznej Polsce 'świętych krów'. Przecież kiedy już mnie odwieszono, to w celach propagandowych rozpuszczono wiadomość, że niby odwiesili mnie, gdyż stawiło się za mną i wzięło pod kuratelę młodzieżowe koło ZMS, którego przewodniczącym w Legii był Andrzej Badeński. Była to kolejna bzdura, wymyślona na użytek centralnych władz partyjnych. Sprawę mojego odwieszenia wałkowano na wyższym szczeblu do ostatniej chwili, ze strony klubu w rozmowy mocno zaangażowany był płk. Edward Potorejko i to on przekonał gen. Zygmunta Huszczę i prominentów z KC, żeby mnie odwiesić. O tym, że zagram w tym meczu, dowiedziałem się na kwadrans przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Takie oczekiwanie było straszne. Wtedy pierwszy raz w karierze zdarzyło mi się, że przed meczem dostałem rozstroju żołądka. Ostatecznie wybiegłem na boisko. Stadion na mój widok eksplodował, kibice bez przerwy skandowali moje nazwisko, to była chwila, na której wspomnienie przeszywają mnie ciarki. Na szczęście jakoś się udało – nawet strzeliłem gola. Chociaż pod koniec brakowało mi sił i dostawałem zadyszki, to trener uznał, że dla kibiców powinienem dotrwać na boisku do końca” – kończy „Żmija”.
CIEKAWOSTKA
Przeciwko Standardowi Liege piłkarze Legii wystąpili w jednym z najczęściej używanych wówczas kompletów strojów, których głównymi akcentami były czerń i biel – czyli białe koszulki i czarne spodenki, uzupełnione przez białe getry. W białych koszulkach tego stroju występowały czarne aplikacje. Niestety, na te koszulki nie były naniesione emblematy klubu: tradycyjna tarcza, czy stosowana wówczas czarna „eLka” w kółeczku. Jeśli chodzi o jakość strojów, pozostawiała ona wiele do życzenia. Piłkarze szczególnie dużo zastrzeżeń zgłaszali do getrów, które po kilku praniach, zbiegając się, uciskały ich nogi niczym mocno ściśnięty bandaż elastyczny.
1/8 finału o PEMK, Warszawa, 4 listopada 1970 r.
Legia Warszawa - Standard Liege 2:0 (2:0)
Bramki: Pieszko (7), Żmijewski (20)
Legia: Grotyński – Stachurski, Niedziółka, Zygmunt, Trzaskowski – Ćmikiewicz (Małkiewicz), Deyna, B. Blaut – Żmijewski, Pieszko, Gadocha.
Standard: Piot – Beurlet, Dewalque, Jech, Thissen – Pilot, van Moer,Cvetler (Henrotay) – Depireux, Kostedde, Takac.
Widzów 25000
Autor
Wiktor Bołba, JP





