
W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na piętnasty odcinek naszego cyklu.
Nominacje olimpijskie
Zgrupowanie w Zakopanem dobiegało końca, wszyscy już dawno zapomnieli o tym nieszczęsnym meczu z Polonią. Atmosfera była znakomita, podczas całego zgrupowania nie było najmniejszych konfliktów i nie przesadzę, jeśli powiem, że tworzyliśmy jedną, wielką rodzinę. Na pożegnanie siostra warszawska wręczyła Włodkowi Lubańskiemu grosz, mający przynieść nam szczęście, mówiąc, że kiedy pół roku wcześniej taki sam grosik ofiarowała Fortunie, przywiózł z zimowej olimpiady w Sapporo złoty medal. „Wy także przywieziecie złoto” – zapewniła.
Ślubowanie olimpijskie złożyliśmy w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich na Bielanach. Całej drużynie wręczono piąte kółko olimpijskie. Przypomnę skład ekipy – bramkarze: Kostka, Szeja; obrońcy: Szymanowski, Gorgoń, Ćmikiewicz, Anczok, Ostafiński, Gut; pomocnicy i napastnicy: Szołtysik, Kraska, Maszczyk, Deyna, Kmiecik, Lubański, Gadocha, Lato, Szymczak, Marks. Z najlepszych polskich piłkarzy na olimpiadę nie pojechał jedynie Jan Banaś. Na jego wyjazd nie zgodziły się ówczesne władze, ponieważ wcześniej, będąc w RFN z Polonią Bytom, samowolnie pozostał za granicą.
Monachium '72
Warszawę opuściliśmy żegnani przez liczne rzesze kibiców. Czas w samolocie minął nam bardzo szybko. Dopiero co byliśmy żegnani na Okęciu, a już wita nas gromada roześmianych rodaków w Monachium. Dwa dni po przylocie wzięliśmy udział w defiladzie podczas uroczystego otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Kiedy na koronie stadionu zapłonął znicz, moje ciało przeszył dziwny dreszcz. Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że naprawdę jestem na Olimpiadzie.
Zaczynamy grać
Naszym pierwszym przeciwnikiem była Kolumbia. Przeciwnik nie był zbyt groźny, ale zaczęliśmy bardzo nerwowo. Cóż, zawodnicy nigdy wcześniej nie byli na takiej imprezie i mieli prawo być stremowani. Jednak już po kwadransie Kazio Deyna strzelił na 1:0 i od tego czasu całkowicie opanowaliśmy boisko. Skończyło się na 5:1. Kolejnym rywalem był zespół Ghany. Wygrana dawała nam awans do najlepszej ósemki turnieju. Znów początek był nieco nerwowy, ale wkrótce chłopcy pokazali co potrafią i wygraliśmy 4:0.
W ostatnim meczu pierwszej fazy turnieju walczyliśmy o pierwsze miejsce w grupie z zespołem NRD. To był bardzo ciężki mecz, walka o każdy metr boiska. Swój wielki dzień miał wówczas Jurek Gorgoń, który strzelił dwie przepiękne bramki. Pamiętam, że zawsze wpajałem Jurkowi, by chodził pod bramkę przeciwnika podczas wykonywania rzutów rożnych i wolnych. Liczyłem na jego wzrost, siłę w przepychankach na polu karnym. Nie pomyliłem się i w końcu przyszedł dzień triumfu mojej myśli. Dzięki bramkom Gorgonia wygraliśmy 2:1 i z grupy wyszliśmy na pierwszym miejscu.
Kryzys czwartego meczu
W czwartym meczu nastąpił kryzys. Po słabej grze zaledwie zremisowaliśmy 1:1 z Danią, przegrywając nawet (po błędzie Gorgonia) 0:1. Na szczęście później po akcji Lubańskiego, Kazio Deyna wyrównał, ratując dla nas punkt.
Wiele osób było gotowych uwierzyć, że prześladuje nas olimpijski „duński kompleks”. Wcześniej Duńczycy dwukrotnie pokonywali Biało-Czerwonych na Olimpiadzie. Ja jednak uważam, że to nie żaden kompleks był powodem niepowodzenia, ale słaba gra naszego zespołu. Po wcześniejszych, wyczerpujących spotkaniach, musiał nastąpić kryzys. Mięśniom po prostu brakowało świeżości. Pamiętam, jak Włodek Lubański mówił mi później: „Panie trenerze, nogi miałem takie ciężkie, jakby przywiązano do nich ciężarki”.
C.d.n.