Legia logo
Piłka nożna2 min czytania

Wspomnienia Kazimierza Górskiego (cz. 17)

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na siedemnasty odcinek naszego cyklu.

Mistrzowie olimpijscy
Dzień poprzedzający mecz o wielki finał był całkowicie podporządkowany przygotowaniom. Nie trenowaliśmy. Zarządziłem jedynie lekki rozruch, trochę gimnastyki i masaże. Po obiedzie analizowaliśmy grę naszego przeciwnika i zajęliśmy się przygotowaniami taktycznymi.

10 września 1972 roku już żyliśmy wielkim finałem. Rano spacer, relaks, jednak myślami cały czas byliśmy przy meczu. Czekaliśmy na ten moment, a czas dzielący nas od finału dłużył się niesamowicie. Zawodnicy wzdychali, że chcieliby mieć już to za sobą. Napięcie sięgało zenitu. Przed meczem finałowym musieliśmy obalić pewne mity, ponieważ oponenci, jeszcze przed gwizdkiem sędziego, nie dawali nam szans. Przypominałem wtedy, że tak samo mówiono przed meczami z NRD i ZSRR.

Mnie najwięcej czasu zabierały rozmyślania odnośnie optymalnego zestawienia drużyny. Kto ma grać? Jak ustawić skład? Mieliśmy trochę kłopotów. Szymanowski złapał kontuzję i wypadł ze składu. Zastąpiłem go Gutem. Ostatecznie reprezentacja Polski w tym najważniejszym meczu zagrała w składzie: Kostka – Gut, Gorgoń, Ćmikiewicz, Anczok – Szołtysik, Deyna (Szymczak), Maszczyk, Kraska – Lubański, Gadocha. Mecz, na który czekała cała Polska rozpoczął się o godzinie 20:15. Mecz marzeń, nie tyko trenerów, piłkarzy, działaczy, ale wszystkich kibiców.

Spełniło się wielkie marzenie chłopców, którzy, kiedy na początku Igrzysk zobaczyli Stadion Olimpijski, mówili: „Trenerze, żebyśmy mogli tu zagrać, chociaż jeden mecz”. Odpowiedziałem, że nic straconego, a najlepiej, gdyby to był ostatni mecz turnieju. Mecz rozegrany był na bardzo trudnym terenie, ponieważ przez cały czas padał deszcz. Ale do przerwy był bardzo wyrównany. Wbrew oczekiwaniom malkontentów byliśmy dla Węgrów godnym partnerem. Poza jedną sytuacją w 42. minucie, kiedy po błędzie Kazia Deyny Varadi zdobył gola na 0:1. W szatni mówiłem chłopcom, że jest dobrze. Nie zwracałem się z żadnymi pretensjami do Kazia, który siedział ze spuszczoną głową – wiedział, że zawinił. Co to by zresztą mogło zmienić, gdybym cokolwiek wspominał, mówił że to, czy tamto.

Powiedziałem im: „Panowie, jest 0:1, to jeszcze jest szansa i w każdej chwili możecie wyrównać. Teraz wychodzimy na drugą połowę, jest jeszcze 45 minut i jest szansa na sukces”. Następnie wstał Robert Gadocha i powiedział: „Panowie, nic to! Druga połowa jest nasza!”. Wtórował mu Lubański. I już dwie minuty po przerwie Kaziu Deyna zdobył wyrównującą bramkę.cChcę przypomnieć, że w finale zrobiłem pewien eksperyment z Włodkiem Lubańskim. Powierzyłem mu rolę rozgrywającego i budującego akcje, a że Włodka pilnowało dwóch Węgrów, Deyna, który miał pełnić rolę egzekutora, mógł zdobywać bramki na wagę złotego medalu i zostać królem strzelców całego turnieju. Gwoli ścisłości, Deyna strzelił także drugiego gola i pokonaliśmy Węgrów 2:1.

To był pierwszy sukces mojego zespołu. Zdobyliśmy złoty medal na olimpiadzie. Stwierdziłem wówczas, że powstała zgrana, bardzo dobrze rozumiejąca się grupa ludzi i że mamy już taką drużynę, której gra jest wolna od kompleksów i z którą możemy pokazać się w Europie.

 

C.d.n.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie