
W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na dwudziesty drugi odcinek naszego cyklu.
Jaki skład?
Przed ogłoszeniem składu reprezentacji na mistrzostwa powiedziałem coś w rodzaju: „zabiorę każdego, kto rozumie futbol”. Jak to się mówi, zwycięskiej drużyny się nie zmienia, niemniej jednak ja ciągle szukałem optymalnego składu. Byli ci, którzy grali na Wembley, tj. Tomaszewski, Szymanowski, Gorgoń, Musiał, zaś za Bulzackiego wszedł Żmuda. Pomoc, to byli Deyna, Kasperczak, za Ćmikiewicza wziąłem Maszczyka. Natomiast w ataku oprócz Gadochy i Laty znalazł się Szarmach, w miejsce zdobywcy „złotego gola” na Wembley, Domarskiego. Wiele się nie zmieniło - jeden stoper, pomocnik i środkowy napastnik. Byli to więc zawodnicy wypróbowani, którzy zdali już poważny egzamin.
Dlaczego Żmuda?
Najbardziej kontrowersyjna była sprawa Żmudy. W tamtych czasach pracowałem równolegle z kadrą i byłem koordynatorem w ŁKS-ie, więc miałem możliwość oglądać Bulzackiego na co dzień. Grał słabo, być może na jego formę miał wpływ fakt, że się ożenił. Dlatego szukałem kogoś na jego miejsce. Zaryzykowałem stawiając na Żmudę, młodego, 20-letniego piłkarza Gwardii. Okazało się jednak, że to była słuszna decyzja.
Szarmach czy Domarski?
Wiele krytyki spotkało mnie także za wstawienie do składu Szarmacha kosztem Domarskiego. Wypominano mi, że posadziłem na ławce zdobywcę jakże ważnej bramki. Ja jednak widziałem w jedenastce Szarmacha i nie zawiodłem się na nim, ponieważ doskonale dopasował się do drużyny, będąc jednym z jej najsilniejszych punktów. Przed mistrzostwami w mojej drużynie niemal pewniakiem był także Lesław Ćmikiewicz. Jednak w mistrzostwach mój wybór padł na Maszczyka, którego gra może nie rzucała się w oczy, ale był niesamowitym pracusiem, a taki właśnie zawodnik był mi w zespole niezbędny.
Murrhardt
To niewielkie miasteczko, a właściwie duża wioska leżąca wśród wzgórz, było naszą bazą podczas mistrzostw. Odkryliśmy Murrhardt we właściwym momencie i było to bardzo cenne odkrycie. Od organizatorów turnieju otrzymaliśmy do swojej dyspozycji autokar o bardzo nowoczesnych kształtach, z napisem „Polen” i biało-czerwoną flagą namalowaną na karoserii. Chłopcy oglądali to cacko ze wszystkich stron, bardzo pochlebnie wyrażając się o jego wyposażeniu.
Od pierwszych chwil naszego pobytu na mistrzostwach obowiązywała zasada specjalnego nadzoru. Każdej ekipie przydzielono specjalne oddziały, które dzień i noc nie spuszczały nas z oka. Na konferencje prasowe w których uczestniczyłem, chodził ze mną osobliwy dżentelmen, który bacznie lustrował wszystkich pytających. Trening czy przechadzka po lesie także miały w tle kilku mocno zbudowanych facetów, którzy dla niepoznaki, podobnie jak my, ubrani byli w dresy.
Zwycięska premiera
Nasz pierwszy przeciwnik – Argentyna, to była drużyna, która miała znacznie więcej rozgłosu od nas. Argentyńczycy czynili wiele wrzawy, sprawiali wrażenie bardzo pewnych siebie. Na boisko wyszli ze śpiewem jak na piknik. Byli faworytami. My natomiast wyszliśmy z postanowieniem przytarcia im nosów. Nasz plan był prosty. Polegał na wyłączeniu z gry „ich Deyny” - Brindisiego i dwóch groźnych napastników - Kempesa i Ayali.
Krzyżowe przerzuty i gra z pierwszej piłki miały zapewnić nam sukces. Mecz, który był najpierw naszym popisem, stał się w końcówce widowiskiem dramatycznym. Pomimo zwycięstwa 3:2, powiedziałem chłopcom w szatni kilka mocnych słów.
C.d.n.