Legia logo
Piłka nożna3 min czytania

Wspomnienia Kazimierza Górskiego (cz. 10)

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na dziesiąty odcinek naszego cyklu.

Powrót do Legii
Z kadrą juniorów pracowałem pięć lat, do końca 1959 roku. W międzyczasie powiększyła mi się rodzina. W 1956 roku urodziła mi się córka Urszula, natomiast rok później braliśmy udział w turnieju UEFA w Hiszpanii. Los za przeciwników wyznaczył nam drużynę gospodarza turnieju oraz RFN i Węgrów. Gorzej już być nie mogło. Na początku ulegliśmy Hiszpanom 0:4, zremisowaliśmy z RFN 2:2, a w drużynie niemieckiej już wtedy gwiazdą był białowłosy Karl Heinz-Schnellinger, późniejszy reprezentant RFN i czterokrotny uczestnik MŚ seniorów. Na koniec pokonaliśmy Węgrów 2:0, co dało nam trzecie miejsce w grupie. 

 

Z tamtej drużyny największe kariery w dorosłej piłce zrobili Józef Gałeczka i Joahim Marx, późniejszy złoty medalista igrzysk olimpijskich. Następny turniej w 1958 roku, którego gospodarzem był Luksemburg, był zupełnie nieudany. Przyznaję, że popełniłem błędy kadrowe, a także szkoleniowe już w trakcie bezpośrednich przygotowań. Na kolejny turniej w 1959 roku, którego organizatorem była Bułgaria, mój wyjazd do ostatniej chwili nie był pewny, gdyż podjąłem pertraktację z Legią. Początkowo miałem być wypożyczony przez Legię na obóz do Jugosławii. Jednak po miesięcznym pobycie w Legii ożyły stare sentymenty. Po rezygnacji Bobka z funkcji pierwszego trenera, zarząd klubu zaproponował mi tę pracę wraz z mieszkaniem po tym trenerze.

Ponowna moja praca w Legii, to był trudny okres w sensie sportowym. Było tam już sześciu reprezentantów: Grzybowski, Zientara, Strzykalski, Brychczy, Pol i Woźniak. Nie był to zespół łatwy do prowadzenia, gdyż oni obrośli w piórka. Trzeba było utrzymywać dyscyplinę. Trochę kłopotów miałem z Brychczym, który był już wielkim mistrzem, miał na Legii publiczność, która przychodziła specjalnie dla niego. Wszyscy wiemy, że miał kiwkę, zwód i strzał, wszystko to, co lubią kibice. Był asem w drużynie. Pamiętam, że kiedyś przed meczem wyjazdowym zgłosił kontuzję, a jak pojechał do niego płk. Potorejko i namówił na grę, to pojechał i zagrał. Ja nigdy nie prosiłem żadnego zawodnika o grę, piłka nożna jest takim sportem, że nikt nikomu nie może robić łaski. Chcesz grać, bo to lubisz, masz przyjemność i satysfakcję. Nie chcesz, to nie musisz – taka była moja maksyma. W Legii pracowałem trzy lata, postanowiłem odejść. No cóż, nie potrafiłem porozumieć się z kierownictwem klubu w sprawie moich apanaży.

Lublinianka
Po nieporozumieniach finansowych w Legii nasze drogi się rozeszły. Przypomnę tylko, że w Legii nie zarabiałem wiele, a niestety zwiększyły się wydatki. Miałem przecież na utrzymaniu dwójkę dorastających dzieci. Syn miał 10 lat, a córka sześć, żona cały czas dorabiała szyciem. Jeżeli w Lublinie zaproponowano mi trzy razy tyle, ile miałem w Legii, to dlaczego miałem okradać rodzinę?
 

Lublinianka walczyła z Motorem w A klasie o wejście do drugiej ligi. W tych rozgrywkach wygraliśmy grupę i awansowaliśmy do drugiej ligi. W drugiej lidze mieliśmy bardzo dobry start, po sześciu meczach mieliśmy 12 punktów. Zapanowała euforia. Działacze już liczyli, gdzie zdobędziemy kolejne punkty i awansujemy do pierwszej ligi. Trochę sprowadziłem ich na ziemię. Po roku pracy w Lublinie, mimo wysokich apanaży, podziękowałem za współpracę. Źle znosiłem rozłąkę z najbliższymi i denerwowało mnie pijaństwo w drużynie. Zwróciłem na to uwagę i zapowiedziałem, że dalej nie będę prowadził tego zespołu. Nie było sensu szarpać nerwów.

 

C.d.n.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie