Legia logo
Piłka nożna2 min czytania

Wspomnienia Kazimierza Górskiego (cz. 8)

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na ósmy odcinek naszego cyklu.

Polak, Wegier...
W 1954 roku z Legii odeszło sporo piłkarzy, ponieważ skończyła się im służba wojskowa, a na ich miejsce przyszło nowe pokolenie zawodników, m.in. Brychczy, Pol, Kowal. Po rezygnacji z pracy w Legii trenera Wacława Kuchara, rozglądano się w klubie za nowym trenerem.
Panował wówczas kult Węgrów, którzy w tych czasach święcili największe triumfy. Węgry to była potęga światowego futbolu. Tak się złożyło, że to ja zostałem wytypowany na wyjazd do Budapesztu w celu załatwienia trenera dla Legii. Muszę się pochwalić, że goszcząc wtedy na Węgrzech poznałem samego Gustawa Szebesa, twórcę złotej jedenastki Węgier.

 

Z Budapesztu przywieźliśmy Janosa Steinera, który okazał się twórcą prawdziwej potęgi warszawskiej Legii. Z przyjściem Steinera zmienił się w Legii sposób trenowania, kładziono duży nacisk na poprawę ogólnej sprawności, doskonalenie umiejętności technicznych i, co było wówczas w Polsce nowością, odporności psychicznej. Te metody pozwoliły odbudować potęgę Legii i z siódmego miejsca w 1954 roku. awansowano w górne rejony tabeli, co w następnym sezonie zaowocowało dubletem – zdobyciem tytułu mistrzowskiego i Pucharu Polski. W tych czasach eksplodowały talenty takich piłkarzy jak Ernest Pol, Edmund Kowal, Lucjan Brychczy, Marceli Strzykalski czy Edward Szymkowiak. Ja niestety wtedy już nie byłem w Legii. Asystentem Steinera byłem tylko do sierpnia 1954 roku. Podziękowałem Legii za pracę, a powodem mojego odejścia była zmiana uposażenia na niższe. Nie wyraziłem zgody na taką zmianę warunków pracy i odszedłem do Marymontu.

Wesoły „Marymont”
W Marymoncie byłem pół roku i wprowadziłem ten zespół do II ligi. Było tam kilku zawodników, którzy prezentowali niezły poziom, ale nie traktowali swoich obowiązków zbyt poważnie.
W klubie panowały stosunki rodzinne, które nie ułatwiały mi zadania, ponieważ po każdym meczu, niekoniecznie wygranym, odbywała się huczna uroczystość. Co można osiągnąć z drużyną, której bramkarz do obiadu musi koniecznie wypić 100 gr. Wódki? Kiedy widząc to sprzeciwiłem się i zagroziłem, że wyrzucę go z drużyny, działacze uspokajali mnie tłumacząc to tym, że on po wypiciu setki wódki... lepiej broni. W zarządzie dowiedziałem się, że chcąc coś osiągnąć trzeba koniecznie zrobić porządek, paru zawodnikom podziękować za grę. Zarząd przyznał mi rację, ale z decyzjami kazano się wstrzymać do wywalczenia awansu. 

Jesienią za sprawą Ryszarda Koncewicza zostałem zaproszony na posiedzenie Rady Trenerów i myślę, że ta okoliczność odegrała istotną, a może i przełomową rolę w moim życiu. Podczas dyskusji nad szkoleniem młodzieży, wysunięto wniosek o powołanie trenera reprezentacji Polski juniorów. Jako kandydata do tej funkcji trener Koncewicz wskazał właśnie mnie. Dano mi czas do zastanowienia. Zastanowiłem się i wyraziłem zgodę.

 

C.d.n.

Udostępnij

Powiązane newsy

Zobacz wszystkie