Legia logo
News4 min read

Wspomnienia Kazimierza Górskiego (odc. 1)

Plus500 logo
PKO Bank Polski Ekstraklasa logo

W marcu tego roku przypada 100. rocznica urodzin Kazimierza Górskiego. Z tej okazji prezentujemy wspomnienia Trenera Tysiąclecia, które ukazały się ponad 20 lat temu na łamach tygodnika „Nasza Legia”. Pana Kazimierza wysłuchał wówczas dziennikarz NL, a obecnie kustosz Muzeum Legii, Wiktor Bołba. Zapraszamy na pierwszy odcinek naszego cyklu.

Początki
Jak każdy młody chłopak w latach 20. kopałem piłkę razem ze współtowarzyszami i kolegami, czy to z ulicy czy ze szkoły. Graliśmy na pustych placach, na polach, na podwórkach. I tak oto się zaczęła moja przygoda z piłką. Pamiętam, że mając 8—9 lat chodziłem na mecze Pogoni Lwów, które oglądaliśmy z trybun zwanych przez nas „zielonymi”. Były to stojące w sąsiedztwie boiska drzewa kasztanowca. Aby zająć odpowiednie miejsce na naszych trybunach musieliśmy przyjść wcześniej, żeby bez przeszkód wejść na drzewo i wspiąć się na wyższe konary. Ci co się spóźnili i zajmowali niższe partie drzew, byli ściągani przez przyjeżdżającą tamtędy policję konną. Nie muszę tłumaczyć, co znaczyło dla takiego delikwenta nieobejrzenie w akcji któregoś z piłkarzy Cracovii, Wisły czy Legii. Na tych drzewach obserwowaliśmy jak grają i jakie mają „kiwki” czołowi wówczas zawodnicy. Później sami braliśmy piłkę i próbowaliśmy naśladować odpowiedni zwodzik czy którąś z „kiwek”. Kiedy trochę podrosłem, a było to na początku lat 30., przepowiadano mi wielką karierę, ale w diametralnie innej dyscyplinie sportu niż piłka — w szachach. Przyznam, że w wieku 12-13 lat grałem w szachy i to grałem bardzo dobrze. We Lwowie była drużyna szachowa, a ja potrafiłem wygrywać z mistrzami tej drużyny. Mnie jednak szachy nie pociągały na tyle, bym mógł poświęcić im więcej czasu. Może dlatego, że był to sport, który uprawiało się w pomieszczeniach i nie wymagał ruchu. A ja byłem raczej taką „sprężynką”, co to długo nie posiedzi w jednym miejscu.
No i co tu dużo mówić, pociągała mnie bardziej piłka. Wtedy już pilnie śledziliśmy rozgrywki ligowe, komentując udane zagrania zawodników i strzelone gole. Pamiętam, jak pewnego razu podczas meczu z Pogonią zaimponowała nam warszawska Legia, która mimo tego, że przegrywała 0:3, potrafiła doprowadzić do remisu 3:3. Takie to na nas wywarło wrażenie, że postanowiliśmy nazwać naszą drużynę podwórkową właśnie Legia. Jak widać mój sentyment do Legii narodził się dość wcześnie.

RKS I „Sarenka”
Rok 1935 był dla mnie rokiem szczególnym. Właśnie wtedy zacząłem uczęszczać do gimnazjum mechanicznego, a także za namowę kolegów wstawiłem do Roboczego Klubu Sportowego Lwów. Pamiętam jak poszliśmy zrobić badania na kartę zdrowia (warunkiem przyjęcia do klubu była pozytywna opinia lekarską o stanie zdrowia). Podczas jednego z badań sprawdzającego pojemność płuc, jako że byłem wątłej budowy, za nic nie mogłem wydmuchać przewidzianej normy. Musieliśmy w takim razie użyć pewnego fortelu. Za drugim razem na te badanie poszedł za mnie mój kolega, podając moje nazwisko. Zdołaliśmy bez większych problemów wprowadzić lekarza w błąd, otrzymałem zezwolenie na grę i mogłem podpisać deklarację do RKS-u. Mój awans następował szybko i w 1936 roku z drużyny juniorów zostałem przeniesiony do drużyny seniorów. Mogłem grać już w lidze okręgowej. Nie grałem wszystkich meczów ponieważ byłem bardzo wątły i nie wytrzymywałem trudu całego spotkania. Miałem także mnóstwo obowiązków w szkole. W drużynie RKS-u musiałem grać pod pseudonimem, ponieważ w latach przedwojennych był taki przepis, który zabraniał uczniom należeć do jakichkolwiek organizacji, a także do klubów sportowych. Ja grałem pod pseudonimem „Sarenka”. Dlaczego „Sarenka”?  Miało to związek z moją delikatną budową oraz tym, że byłem bardzo szybkim i zwinnym zawodnikiem. Do dziś przechowuję w domu notatkę z 1937 roku, która ukazała się na łamach „Ilustrowanego Telegramu Sportowego”: „W zespole RKS-u wyróżnił się w dwóch kolejnych spotkaniach 'Sarenka', szybki, zwinny, ma zadatki na dobrego piłkarza”. W tymże 1937 roku, kiedy na dobre zadomowiłem się w pierwszym składzie RKS-u, doczekałem się wreszcie prawdziwych butów piłkarskich. Były wprawdzie używane, ale dla młodych chłopców, takich jak ja, były przedmiotem pożądania. Wielu o takich butach mogło tylko pomarzyć. Jaki ja wtedy byłem dumny!

W 1939 roku wyczuwało się rosnące naokoło napięcie, nie sposób było przechodzić obojętnie obok tego, co się wokół działo. W mieście ogłaszano próbne naloty, na adresy znajomych zaczęły przychodzić wezwanie do rezerwy. A jednak grałem w pierwszym zespole RKS-u prawie każdej niedzieli. Pamiętam, że na wiosnę tego roku wszyscy otrzymaliśmy wymarzone, nowe buty piłkarskie. Z ostatniego sezonu przedwojennego najbardziej utkwił mi w pamięci mecz z Koroną Sambor, kiedy to przy stanie 1:0 dla Korony sędzia podyktował dla nas rzut karny. Nie było chętnego do strzelania i wybór padł na mnie. Strzeliłem tego karnego i jeszcze jednego gola, wyszedł mi przepiękny strzał dokładnie w samo okienko. Ostatecznie wgraliśmy ten mecz 4:2. C.d.n.

Na zdjęciu nr 1 mama Kazimierza Górskiego, Zofia. Na zdjęciach nr 2 i nr 3 drużyna RKS Lwów z młodym „Sarenką” w składzie.
 

O historii Legii Warszawa przeczytacie w Księdze Stulecia, która jest teraz dostępna w niższej cenie. 

KLIKNIJ, ABY PRZEJŚĆ DO SKLEPU

Share

Related news

See all